niedziela, 10 kwietnia 2011

Niedziela

a ja grzeszę już od rana. Grzeszę sprzataniem, bo zapowiada się na dwa tygodnie bez dnia wolnego w pracy, a dom woła o natychmiastowe odgruzowanie i odchwaszczenie. Chwilowo robię przerwę, coby się nie przeforsować. Przede mną najgorszy etap - moja szafa. Robię eliminację. Nie dopinam już żadnych moich spodni i spódnic, połowy koszul i dopasowanych bluzek, więc zapowiada się na pierwszy od lat powiew wolnego powietrza w szafie. Ale nie na długo, hehe, bo już jestem w trakcie licytacji pewnego uroczego zestawu ciuszków na kolejne, szersze miesiące ;)

Wolny piątek i sobotę spędziłam u rodziców, dzisiejszy poranek u teściów. Strasznie ostatnio ciągnie mnie do mam i gdyby nie dzielące nas kilkadziesiąt kilometrów, to siedziałabym u nich codziennie.

Podładowałam trochę akumulatory, mam nadzieję, że pozytywnej energii starczy mi choć do środy.

Kończę, bo pół domu rozgrzebanego, a mam jeszcze dziś zrobić osobisty kącik piękności, a co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz