niedziela, 20 listopada 2011

Notka o cycu

Przed chwilą przeczytałam ten o to wpis u Hafiji i tak mnie natchnęło na notkę o cycu ;)

Przed ciążą miałam rozmiar biustu prawie zerowy, więc ciocie dobra rada święcie wątpiły w to, czy piersią dziecko wykarmię. Przez całą ciążę nie wypłynęła mi ani kropelka mleka, a mimo to z mojego zerowego prawie biustu trysnęła rzeka mleka ;)

Hankę przystawiono mi do cyca właściwie od razu, jeszcze kiedy byłam sparaliżowana znieczuleniem. Malutka urodziła się o 07:55, a istotę ssania załapała jeszcze tego samego wieczora. Fakt, mordowałyśmy się cały dzień ;), a kilka kolejnych dni męczyłyśmy się po 15 - 20 minut, zanim mały ssak dobrze się zassał ;) Trzeciego natomiast dnia pojawiła się rzeka mleka i wtedy dopadł mnie pierwszy kryzys. Bo nie dość, że brzuch boli po cc to jeszcze ten ból piersi... Miałam ze sobą laktator, ale okazał się kompletnie do niczego i w potwornych boleściach musiałam użyć rąk własnych, coby troszkę tej nadwyżki się pozbyć, bo dziecię moje było na haju po moich kroplówkach przeciwbólowych i budziło się na karmienia z wieeelkim trudem. Drugi kryzys pojawił się już w domu, kiedy ciocie dobra rada zaczęły owe słynne tyrady o braku mleka, o bezwartościowym mleku, o nienajadaniu się, odciąganiu i sprawdzaniu poziomu tłuszczu itp. A, że tego dnia Malutka płakała i płakała, to płakałam razem z nią i myślałam jakie tu mleko trzeba kupić, bo dziecko głodne, a ja mam pewnie bezwartościowy pokarm, albo w ogóle go nie mam, bo mam podejrzanie miękkie piersi... Oczywiście czytałam o tych wszystkich trudnościach, objawach itp, ale ciocie dobra rada potrafią człowieka skutecznie otumanić swoimi mądrościami...

Wszelkie kryzysy skończyły się, kiedy odjechały wszystkie ciocie dobra rada, a my zostaliśmy sami. I kiedy w spokoju mogłam zacząć karmić Malutką, która notabene w ciągu 2 tygodni przybrała na tym moim mleku 450 g. I dziś wszelkie rady puszczam sobie bokiem, bo są ... warte.

PS. Miałam też w związku z karmieniem piersią taki hmm... kryzys cielesno - psychiczny ;). Bo nie dość, że wszędzie z tym cycem gołym (a ja dość wstydliwą osobą jestem) to jeszcze ten ssaczek mały objął go w swoje posiadanie i oddać nie chce. No i jak to? Tak na każde żądanie? A co ze mną? Będę tylko mlecznym cycem? I ten kryzys też sobie poszedł, jest czas i na karmienie i na sen i na miłą lekturę czy ciekawy film, a nawet i na ugotowanie obiadu i wyprasowanie sterty śpioszków. A karmienie Hani staje się z dnia na dzień coraz łatwiejsze i przyjemniejsze. I coraz sprawniej nam to idzie, niedługo może nawet będę umiała jednocześnie karmić i pisać na klawiaturze ;)

5 komentarzy:

  1. Ta notatka napawa mnie wielkim optymizmem :). Chciałabym karmić piersią ale mam trochę obaw jak sobie z tym sobie poradzę. Na Waszym przykładzie po raz kolejny widzę, że jeśli się nie zniechęcę (i dobrze zatkam uszy) to powinno dać radę :). Pozdrawiam Was i chylę czoła przed wszystkimi mlecznymi mamami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak trzymać - nie dajcie się dziewczynki kochane - mały ssaczku i duża mleczarnio :)!!! Ciocie dobre rady niestety były, są i będą, dobrze,że pojechały i Was zostawiły w spokoju.

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo, życzę aby jak najdłużej taki stan trwał!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. oj oby jak najdłużej było spokojnie!

    OdpowiedzUsuń
  5. moja Weronika jest cycoliną i ciągle za cycem się obraca. Ja to od trzech tygodni mam wrażenie że nic nie robię tylko cyca daję a jak śpi to mam tyle zajęć - chociażby umycie się że mija mi ten czas za szybko:)

    OdpowiedzUsuń