Dziś nasza córeczka kończy dwa tygodnie. Zbyt szybko płynie ten czas, aż mi się płakać czasem chce, kiedy spoglądam na zegarek a tu już cały dzień za nami. W ciąży czas biegł jak szalony, a teraz to już w ogóle galopuje.
Póki co, wciąż się dopasowujemy do siebie. Hania budzi się na jedzenie różnie - co dwie, trzy, a czasem i prawie cztery godziny. Czasami dopada ją "ból istnienia" jak mawiamy z Miaużonkiem i wtedy trzeba utulić, ululać i wycałować tą naszą pchełkę małą.
Ale wciąż największym zaskoczeniem jest dla mnie to, jak człowiek wyzbywa się tego egoizmu i jak uczy się cierpliwości. Czasem sama nas dwojga nie poznaję ;)
Co do mnie i mojego ciała, to już właściwie nie pamiętam, że jeszcze niedawno tak bolało ;). Fakt, niczego nie noszę i póki co na spacerki chodzimy z Miaużonkiem (ktoś musi znieść nasze taboły z III piętra), ale właściwie śmigam jakby nigdy mnie nie pocięli ;) Co do wagi, to nie wiem ile mi ubyło, bo wagi w domu nie posiadam, więc pewnie zważę się dopiero u naszego pana dohtorrra.
Zbieram się też do napisania notki o porodzie, żeby było tak ku pamięci. Pewnie ten opis będzie inny, teraz po 2 tygodniach niż gdybym pisała dzień po, ale moją naczelną myślą jest wciąż to, że pomimo tylu opowieści, ton przeczytanych książek i gazet, nie byłam przygotowana na takie doznania.
Do porodu chyba nie idzie się przygotowac,chyba że jest się mamą już jakiegoś szkraba i już się to chociaż raz przeszło. Trafiłam przypadkiem na twojego bloga i chyba zostanę stałą czytelniczką;) Odezwij się na maila malwie91@buziaczek.pl to prześlę zaproszenie do naszego bloga www.we-troje-przez-zycie.blogspot.com Pozdrawiamy i życzę zdrówka;)
OdpowiedzUsuńczekam na relację z porodu.
OdpowiedzUsuńSama zaczynam się już zastanawiać czasem, jak to będzie:)