Wciąż nie poznaję siebie samej na zdjęciach. Taka pulchniutka się zrobiłam. Dziwne uczucie. Ale co tam. Grunt, żeby Hani było dobrze i wygodnie (czytaj: miękko ;).
Poza tym, ostatnio kiedy byłam u rodziców, kolejny raz przeglądałyśmy z Matulą hunusiowe ubranka i niestety Czworonog został zatrudniony do niewdzięcznej roli manekina pokazowego (mam nadzieję, że nie zajrzą tu Obrońcy Praw Zwierząt):
Zaraz z placu boju wraca Miaużonek i muszę jakoś go zmusić, żeby podwiózł mnie tu i tam. Spoglądając dziś za okno (15 st.) doszłam do wniosku, że żadne moje okrycie wierzchnie nie domyka się nawet na pół centymetra i trzeba kupić chyba jakąś pelerynę czy inny spadochron, bo przecież zanim Haneczka się wykluje, a matka powróci do rozmiaru 36, to nastaną już mrozy, deszcze i pluchy.
PS. Ekspresowy upływ czasu wydać m.in. po tym, jak rozpakowują się koleżanki blogowiczki, a ja tylko przenoszę z kategorii ciężarówki do reszty czytanych blogów. Ale ten czas zasuuuuwa!
Damy radę u mnie ten sam tydzień i z tego co czytam to chyba ten sam termin. U nas będzie Weronika. Brzucholek mam podobny - ale wygląda na to, że gorzej u mnie z kondycją. Powodzenia.
OdpowiedzUsuń:) Zajrzałam do Ciebie i właściwie tylko 1 dzień nas dzieli ;)
OdpowiedzUsuńBrzusio już spory :) Czas faktycznie zasuwa... Ani się obejrzysz, a kruszynka będzie na świecie :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam do nas:
zostawiam-slady.blogspot.com
Oj brzucho coraz pokaźniejszy:D
OdpowiedzUsuńJezusicku, a co to za mikro-brzuszyna? :)))
OdpowiedzUsuńMiałam taki w 15. tygodniu. Ale to bliźnięta, więc się nie liczy :)