piątek, 9 września 2011

Mam w domu...

chorego faceta. Czyli równie dobrze mogłabym napisać, że nawiedziło mnie trzęsienie ziemi, huragany i powódź.

Na razie jest przymroczony gorączką i lekami, więc mam spokój.
Czworonog oczywiście wierny kompan w doli i niedoli:



I nie zbliżam się do niego na bliżej niż 3 metry, coby nas nie zaraził choróbskiem tfu tfu.

PS. Poza tym za każdym razem, kiedy odpalam mojego laptopa, to włącza mi się takie okienko z kamerką i za każdym razem zastanawiam się co to za Pyzia tam siedzi sobie. Może jestem egoistką, ale powoli zaczynam tęsknić za moimi kościami policzkowymi ;)
Ponadto przyszła jesień i pomykam sobie w spadochronie (czyt. poncho od rodziców w prezencie dostałam). A dziś przyszła przesyłka z butami, które mimo, że i tak o rozmiar większe to i tak lekko cisną. Rośniemy, nie ma co ;)))

PS2. Acha, dotychczas nie pamiętałam żadnych snów. Tj, przez całą ciążę nic. A dziś za to przyśniły mi się chwile po porodzie i szwy które miałam założone misternie jak drobny ścieg krawiecki. Tyle, że aż do ud. :/

2 komentarze:

  1. Oj to zdrowia dla Miaużona, co by Was nie zaraził. Tfu, Tfu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdrowia dla małżonka. A Ty kochana dbaj o siebie )
    ja dopiero dziś odważyłam się popatrzeć na swoje krocze...ech zeby tak ciąża mogla obyć się bez nacinania, szwów, bólu...

    OdpowiedzUsuń